Trampolina
Trampolina
Wszystko działo się w tempie światła.
Wieżowiec był tylko trampoliną,
A ja – jedynym człowiekiem, który oszukał grawitację.
Stałem na krawędzi, czując pod stopami puls planety,
Wierząc, że powietrze to gęsty, złoty schód,
Po którym wejdę jeszcze wyżej.
Skok nie był upadkiem.
Był triumfem, dopóki wiatr nie zmienił zdania.
Nagle niebo pękło jak cienka porcelana.
Złote nitki, którymi tkałem rzeczywistość,
Zaczęły ciąć mi skórę, stając się ciężkie jak łańcuchy.
Poczułem swój ciężar –
Nagły, pierwotny, nieludzki bagaż kości i krwi.
Budynki obok wystrzeliły w górę jak Trampolina,
A ja mijałem piętra własnych złudzeń:
Na dziesiątym – byłem bogiem,
Na piątym – geniuszem,
Na drugim – już tylko przerażonym dzieckiem.
A potem przyszedł beton.
Nie było muzyki, nie było świateł.
Był tylko tępy, ostateczny dźwięk spotkania
człowieka z losem.
To nie ziemia mnie uderzyła,
To ja uderzyłem w prawdę o sobie.
Leżę teraz płasko, bezkształtny,
Rozlany między pęknięciami płyty chodnikowej.
W moich uszach wciąż dzwoni echo tamtej prędkości,
Ale moje palce nie potrafią już
Nawet dotknąć własnego cienia.
31.10.2018

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz