×

Oko w oko z leśnym stworem

 



Oko w oko z leśnym stworem


Oko w oko z leśnym stworem stanęliśmy nagle,
Choć nikt z nas nie przypuszczał, że tak będzie barwnie.
Że w takim miejscu los nas kiedyś zderzy,
Przekorny los, co w niespodzianki wierzy.
Płata nam figle, z lęku podśpiewuje,
W szpitalnej ciszy, gdzie czas się snuje.
W parku tych ludzi, co przez świat ranieni,
Wielokrotnie przez życie mocno odtrąceni.
Gdzie z żalu oczy mokre są od rosy,
Lecz dziś nie chcę słuchać, co szepczą ich głosy.

Nie chcę serca smucić, nie chcę o tym myśleć,
Bo to, co za dnia kazało nam zamilknąć,
Wieczorną mgłą opada, w ciszy się rozpływa,
A wokoło spokój i magia prawdziwa.
Wpatruję się w las cudny – paprocie i słońce,
W liście i drzewa, w strażników milczące.
Myślę: szkoda by było, by ktoś go „odczarował”,
By obcy w tajemnicach jego myszkował.
Bo w lesie jest gwar życia, ukryta potęga,
Tu mogę tańczyć, gdzie wzrok mój nie sięga.

Nie boję się kamieni rzuconych na pobocza,
Idę pewnie, z uśmiechem, nie spuszczając oka.
Szczęśliwie nie idę sama przez te gaje,
Idę z ludźmi, co znają życia obyczaje.
Pełni zrozumienia, z nadzieją w kieszeni,
Wspólnie kroczymy, w słońcu promienieni.
Z nimi przed siebie, pewnie i bez trwogi,
Nie zboczę już nigdy z raz obranej drogi.
Choć wiją się ścieżki i rewiry zaklęte,
Sarny, zające i szpaki pojęte –
Ten las po prostu żyje! Woła nas do siebie,
Choć dziki poryły runo w swej potrzebie.

„Diabły nasze kochane” – szepczą na oddziale,
Legendy o smoku krążą tu wytrwale.
O smoku z apetytem wprost niepohamowanym,
Lecz nikt go nie widział w lesie zaczarowanym.
Bo smok stroni od ludzi, głowy nie wychyla,
Chociaż nikt mu nie bronił, to tylko jego chwila.
My, nieświadomi, pniemy się pod górę,
I nagle widzimy... przedziwną kreaturę!
Potwór z paszczą rozdartą, już na nas czyha,
Głos nam odebrało, każdy siarką wdycha.

To smok na straży lasu! Dumny, wielki, srogi,
Mądrością swą i siłą paraliżuje nogi.
Chcę krzyczeć – lecz słowa w gardle uwięzły,
Chcę biec – lecz nogi jak w okowach ugrzęzły.
Cztery łapy przed nami, pazury jak noże,
Strach nas coraz większy w swe objęcia bierze!
Łuski w letnim słońcu lśnią niczym pancerze,
A smok zionie ogniem – ja w to prawie wierzę!
Ogon ma zwinięty w pętlę, pręży go i zwija,
W nim drzemie energia, wielkość oraz siła.
Głowa niby mała, lecz brzuch ma ogromny,
Jak u wilka, co zjadł owiec stos nieskromny.
Grzebień nastroszony, niczym u koguta,
Bo do jego lasu weszła jakaś...

Ej, nie hołota!
To my idziemy dalej, z odwagą i rozmachem,
Wciągamy świeże leśne powietrze z uśmiechem.
Smok niegroźny, choć zęby szczerzy spragniony,
W progi swe zaprasza, ogonem sprężony.
Jakże nam jednak iść do smoczej jamy,
Skoro domem mu drzewa i kwieciste bramy?
Sumienie podpowiada: „To tylko sąsiad miły”,
Cieszmy się tą chwilą, zbierajmy swe siły!

Choć strach czasem wraca i w klatce coś ściska,
Gdy widzę te straszne, smocze zębiska...
Nie rób z niego wroga! Niepotrzebna trwoga,
To już nasza bliska i znajoma droga.
Smok jest przyjacielski, miły i kochany,
Będzie teraz co dzień przez nas odwiedzany.
Tak kończy się bajka, moi drodzy mili,
Kto był tutaj z nami, nie zapomni tej chwili.

Lecz wy, kochani, nie bójcie się wcale!
Choć smok się wydaje wielki niebywale,
To tylko konar, przez wiatr powalony,
Połamany, w szczapy srodze nastroszony.
A teraz siądź wygodnie na zielonej trawie,
I zajadaj poziomki w tej leśnej zabawie.


11.06.2019, pobyt w szpitalu , dzień 39 
Spacer po szpitalnym parku
* grafika własna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Sielskagosia , Blogger