Oddech błękitu
Oddech błękitu
Świat się zatrzymał na krawędzi piasku,
nie ma już „muszę”, nie ma „pomiędzy”.
Wszystko utonęło w łagodnym blasku,
daleko od zgiełku i od lęku nędzy.
Niebo jest czyste, jak świeża karta,
wysoko mewy kreślą białe znaki.
Tu każda chwila jest siebie warta,
bez zbędnej walki, bez żadnej draki.
Terapia falą
Szum – co wypłukuje z głowy zbędne echa,
Sól – co na ustach zostawia spokój,
Wiatr – co się w płucach głęboko uśmiecha,
Rytm – co wyznacza bezpieczny wokół.
Woda przychodzi i znów się wycofuje,
cierpliwie gładząc każdy kamień i ślad.
Tu serce wreszcie swój ciężar czuje,
nie jako balast, lecz jako swój ład.
Nie potrzeba ognia, by poczuć, że żyję,
nie trzeba krzyku, by słyszeć swój głos.
W tym wielkim błękicie wszystko się myje,
prostuje się każdy splątany los.
Mewy są wolne, bo znają prądy,
nie walczą z niebem, lecz płyną wraz z nim.
Opuszczam żagle, porzucam sądy,
stając się lekkim, przezroczystym dymem.
Po "M"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz