×

Między krzykiem a ciszą

Między krzykiem a ciszą

Gdy świat pęka na pół i zrasta się krzywo,
znikają słowa: nigdy, nie wolno, dość.
Horyzont zwija się jak zużyta kartka,
brak granic, brak steru, brak tchu.

Wczoraj ciężar wbijał ciało w pościel,
wyjście do okna było wyprawą ponad siły.
Niemożliwe stawało się uniesienie powiek,
bycie dla siebie zwyczajnym człowiekiem.

Dzisiaj wszechświat mieści się w kieszeni,
każdy szept zamienia się w czyste złoto.
Biegnę po słońcu, nie parząc stóp,
rozbijam niemożliwe o mur nagłej pewności.

Mogę kraść gwiazdy, budować miasta z mgły,
nie ma barier, hamulców ani lęku.
To, co nieosiągalne, jest na wyciągnięcie dłoni,
choć nie wiem, kogo ta duma we mnie goni.

Bywa, że te dwa światy wchodzą w siebie bez pukania.
W samym środku biegu po słońce
wyrasta nagle szklana tafla mrozu.
Głowa jeszcze buduje wieżowce,
ale ręce już drżą z niewytłumaczalnego zmęczenia.

To moment, gdy „wszystko” i „nic”
stają się tym samym słowem.
Wielkość miesza się z przerażeniem,
jakbyś stał na szczycie, który jednocześnie
jest krawędzią głębokiej przepaści.

To napięcie to elektryczność, która nie znajduje ujścia,
wysokie napięcie pulsujące pod samą skórą.
Jesteś jak struna naciągnięta do granic pęknięcia,
drżąca między krzykiem a absolutną ciszą.

To nie jest spokój, to stan alarmowy serca,
gonitwa myśli, których nie da się dogonić,
choć ciało zastyga w nagłym, ciężkim bezruchu.
W środku wiruje ogień, na zewnątrz ścina mróz –
starcie dwóch frontów, po którym zostaje tylko pył.

Czujesz każdą cząsteczkę powietrza jak ostrze,
każdy dźwięk staje się uderzeniem młota.
To duszność przy pełnym oddechu,
panika ubrana w kostium wszechmocy,
oczekiwanie na trzask, który musi nadejść.

Kiedy granica znika i wszystko się udaje,
najtrudniej pojąć, że to tylko projekcja.
Że między szczytem a dnem ciemnej doliny
nie ma żadnej ściany –
są tylko godziny.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Sielskagosia , Blogger