×

Bajka o drewnianym strażniku plaży



Bajka o drewnianym strażniku plaży


Rozdział I
Król Palących Piasków

    Na wyspie, gdzie słońce świeciło tak mocno, że piasek zmieniał się w złoty pył, żył krokodyl imieniem Grom. Nazywano go Panem Ujścia Rzeki. Był ogromny, a jego pancerz wydawał się twardszy niż bazaltowe skały. Grom miał jednak pewną bardzo brzydką cechę: był niebywale samolubny.

    Na całej plaży znajdował się tylko jeden mały zagajnik rzucający zbawienny cień. Grom całe dnie spędzał, wylegując się w nim, a każdego, kto próbował podejść choćby na krok, przepędzał kłapnięciem potężnej szczęki.

Moje słońce, mój piach i przede wszystkim: mój cień! – ryczał, gdy spragniona żółwica i zmęczone mewy szukały schronienia przed upałem. Od jego ryku nawet muszelki drżały na brzegu.

    Grom wierzył, że jest niezniszczalny. Kpił z potęgi natury, nazywając ocean „tylko większą sadzawką”. Pewnej nocy, gdy niebo poczerniało, a woda zaczęła wrzeć od gniewu, krokodyl nie uciekł w głąb lądu. Stanął na samym brzegu i rzucił wyzwanie falom. Wtedy uderzył sztorm, jakiego świat nie widział. Ogromna fala, słona i ciężka jak ołów, porwała go w ciemną głębinę.


Rozdział II
 Przemiana w głębinie

    Woda morska ma dziwną moc – potrafi odebrać siłę nawet najtwardszym. Grom walczył, ale morze było cierpliwe. Miesiącami fale obracały go w otchłani, a słona woda powoli wypłukiwała z niego gniew. 

    Piasek starł z niego każdą łuskę, a ostre rysy pyska wygładziły się pod wpływem prądów. Jego ciało zaczęło twardnieć, aż stało się sękatym drewnem. Sól zatarła jego korę, pozostawiając pień gładkim i białym jak kość. Grom przestał czuć głód i złość. Stał się milczącym konarem dryfującym tam, gdzie niosły go prądy. Jednak nawet jako drzewo zachował resztkę dawnej dumy – zastygał w przedziwnej, wyniosłej pozie, nie pozwalając morzu całkowicie siebie złamać.


Rozdział III
Konary przecież nie siedzą!

    Pewnego spokojnego poranka wzburzone fale wyrzuciły go na piaszczystą plażę – tę samą, na której niegdyś budził grozę. Ale Grom nie był już tym samym stworzeniem. Kiedy dzieci wybiegły na brzeg, stanęły jak wryte.

    Na samym środku plaży prężył się niezwykły konar. Nie leżał bezwładnie jak inne kłody wyrzucone przez sztorm. Ten pień siedział pionowo, wsparty na własnym ogonie, z pyskiem dumnie uniesionym ku niebu.

Patrzcie, to krokodyl! – zawołał mały Antek. – Przecież to niemożliwe! Konary nie siedzą na ogonach! One powinny leżeć płasko i czekać, aż ktoś je podniesie!

    Dzieci obchodziły go dookoła. Drewno było gładkie jak porcelana i lśniło w słońcu. Choć Grom był nieruchomy, wyglądał, jakby za chwilę miał przemówić.


Rozdział IV
Nowe oblicze Groma

    Skoro konar był tak uparty, dzieci postanowiły nadać mu odpowiedni wygląd. Przyniosły farby i pędzle, a na plaży zaczęło się wielkie malowanie. Mała Ala namalowała mu wielkie oczy, które teraz z miłością patrzyły na każde dziecko. Inne dzieci chwyciły za czerwoną farbę i wzdłuż drewnianej szczęki namalowały rządek wspaniałych, lśniących zębisk.

    Kiedy skończyły, Grom był nie do poznania. Choć namalowane zęby były potężne, nie było w nich już grozy. Dzięki siedzącej pozycji i uśmiechniętym oczom wyglądał teraz jak radosny strażnik plaży.


Rozdział V
Odkrycie pod sękatym brzuchem

    Pewnego słonecznego ranka zauważono coś niezwykłego. Przy boku drewnianego Groma, tuż przy jego sękatym ogonie, coś się poruszyło. Mały Antek położył palec na ustach i nakazał wszystkim ciszę. Tam, wtulona w białe drewno, spała stara żółwica – ta sama, którą Grom niegdyś przepędził.

To wielki żółw – szepnęła ze zdumieniem Ala. 

Nie, to wielka żółwica – powiedział Antek. - Wybrała naszego Groma, bo on już nie kłapie zębami. Teraz daje jej schronienie.

    Dzieci, zamiast zacząć głośne zabawy, usiadły nieopodal zwierzęcia i zaczęły budować zamki. Żółwica spała tak słodko, że nie chciały jej zbudzić. Przyniosły nawet trochę wodorostów i położyły je obok żółwicy. Grom, choć był drewnem, czuł pod swoim bokiem ciepło jej oddechu. To było o wiele przyjemniejsze niż dawna satysfakcja z bycia samolubnym.


Rozdział VI
 Serce plaży

    Przez całe lata Grom był sercem wybrzeża. Mewy, które dawniej omijały to miejsce, teraz lądowały na jego czubku i wyciągniętym ogonie, wystawiając dzioby do wiatru. Dzieci siadały na jego grzbiecie, wierząc, że to magiczny tron. Dookoła niego wyrastały najwyższe zamki z piasku, a pod jego drewnianym brzuchem mali poszukiwacze skarbów chowali swoje najcenniejsze kamyki i muszelki.

    Grom słuchał piosenek dzieci z nieskończoną cierpliwością. Czuł ogromną radość, że stał się wyspą spokoju, dając innym to, co kiedyś tak zazdrośnie strzegł: chłód, bezpieczeństwo i swoją obecność.


Rozdział VII
Powrót króla o dobrym sercu

    Pewnej nocy, dokładnie w rocznicę wielkiego sztormu, nad wyspą rozbłysły niezwykłe gwiazdy, a ocean zaintonował kojącą, senną pieśń. To właśnie wtedy, w srebrzystym blasku księżyca, dokonał się cud. Drewniane słoje na grzbiecie Groma zaczęły pulsować rytmicznym światłem, a biała kora powoli przeobrażała się w lśniące, oliwkowe łuski. Martwe drewno ożyło, wypełniając się krwią, ciepłem i nowym życiem.

    Kiedy rano dzieci jak co dzień przybiegły na plażę z wiaderkami i łopatkami, nagle zamarły w pół kroku. Radosne okrzyki ucięły się gwałtownie, ustępując miejsca lodowatemu strachowi.

    Zamiast ich ulubionego, nieruchomego konaru, na piasku spoczywał potężny, żywy krokodyl. Jego boki unosiły się i opadały w miarowym rytmie oddechu, a złote oczy – teraz prawdziwe i bystre – mrugały powoli w porannym słońcu. Dzieci zaczęły się wycofywać, nie spuszczając wzroku z wielkiego gada.

To potwór! — krzyknął ktoś z tyłu drżącym głosem. — Uciekajmy, on nas zje!

    Grom poczuł ukłucie smutku. Wiedział, że na ten strach zapracował sobie dawnym, drapieżnym życiem. Nie wykonał jednak żadnego gwałtownego ruchu. Zamiast kłapnąć paszczą, spokojnie zamknął oczy i wyciągnął się na piasku – dokładnie tak, jak robił to przez lata jako drewniany kloc. Gdy tuż obok niego przemaszerował mały krab, Grom jedynie delikatnie przesunął ogon, robiąc mu miejsce w cieniu.

    Mały Antek, najodważniejszy z grupy, podszedł o krok bliżej. Zauważył coś niezwykłego: na skórze krokodyla, choć była teraz prawdziwa, wciąż widniały delikatne ślady farb, którymi dzieci go malowały.

Patrzcie... — szepnął chłopiec. — On ma te same oczy, które namalowała Ala. On nas nie atakuje. On na nas czeka.

    Strach powoli ustępował miejsca zaciekawieniu. Dzieci zrozumiały, że choć Grom odzyskał ciało, zachował serce, które zyskał jako drzewo. Nie był już samolubną bestią, lecz najwierniejszym towarzyszem zabaw. Widząc wciąż niepewne spojrzenia przyjaciół, Grom zrobił coś niezwykłego – położył głowę płasko na piasku i wydał z siebie ciche westchnienie ulgi.

    Kiedy Antek po raz pierwszy dotknął jego ciepłej, pulsującej łuski, resztki lęku pękły jak mydlana bańka. Wielki gad nie wrócił do lasu ani do rzeki; został tam, gdzie czuł się najbardziej potrzebny. Na plaży, pośród zamków z piasku i radosnych pisków, odnalazł to, czego nie miał nigdy wcześniej: prawdziwą rodzinę.

KONIEC


* inspiracją do napisania bajki był konar z poniższego zdjęcia, którego odkryliśmy podczas spaceru na plaży w Orzechowie. Szliśmy od wejścia na plażę nr 15 do wejścia nr 14.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Sielskagosia , Blogger