Marsz z chorobą
Marsz z chorobą
Dzień i noc straciły swoje dawne granice.
Poranki witam z obowiązku, nie z radości,
wypełniając puste godziny mechanicznym ruchem.
Świat oczekuje, że przetrwam, więc trwam,
choć z każdym krokiem ubywa mnie w sobie.
Dla innych wciąż mam ciepłe słowo i dłoń.
Noszę ten ciężar tak, by nikt nie zauważył,
że pod maską spokoju kryje się bezimienny lęk.
Współczuję całemu światu, zapominając o sobie,
zagubiona w labiryncie własnego wyczerpania.
Ukrywam to imię, którego boję się wypowiedzieć.
Udaję, że to tylko gorszy moment, zwykłe zmęczenie,
choć pustka w klatce piersiowej stale rośnie.
Głośno milczę, mając nadzieję na ratunek,
którego sama nie potrafię nawet nazwać.
Zegary mierzą czas, który stracił już sens.
Przyszłość stała się zbyt ciężka, by o niej myśleć,
a przeszłość parzy wspomnieniem dawnej siły.
Nie mam dziś odwagi, by marzyć o słońcu.
Wystarczy mi przetrwać do kolejnego zmierzchu.
To nie jest droga, którą sama wybrałam.
To marsz we dwoje – z nią, u mojego boku.
31.07.2026

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz