Na grzbiecie błękitu
Na grzbiecie błękitu
Zostawiam w tyle ląd i piach stabilny,
Gdzie każdy szept brzmi jak wyrok omylny.
Mój świat jest teraz płynny i potężny,
W rytmie przypływu – wolny i zmienny.
Wznoszę się dumnie na wodnych grzebieniach,
By spojrzeć z góry ku ziemi i cieniach.
Wszystko, co małe i ciasne u brzegów,
Znika pod pianą w huku białych biegów.
Z poziomu fali, co nieba niemal dotyka,
Codzienna troska w otchłani umyka.
Ziemia się staje tylko mapą rdzawą,
A ludzki dramat – nieważną zabawą.
Czymże jest lęk o jutra ramy ciasne,
Gdy pod stopami mam lustra jasne?
Tu prawo wody jest proste i szczere:
Gdzie każdy szept brzmi jak wyrok omylny.
Mój świat jest teraz płynny i potężny,
W rytmie przypływu – wolny i zmienny.
Wznoszę się dumnie na wodnych grzebieniach,
By spojrzeć z góry ku ziemi i cieniach.
Wszystko, co małe i ciasne u brzegów,
Znika pod pianą w huku białych biegów.
Z poziomu fali, co nieba niemal dotyka,
Codzienna troska w otchłani umyka.
Ziemia się staje tylko mapą rdzawą,
A ludzki dramat – nieważną zabawą.
Czymże jest lęk o jutra ramy ciasne,
Gdy pod stopami mam lustra jasne?
Tu prawo wody jest proste i szczere:
Być tylko ruchem, falą i sterem.
Wielka fala niesie mnie nad codzienność,
W górze jest wolność, w dole – niezmienność.
Wybieram głębię, jej potęgę czystą,
Gdzie życie staje się nagle wartością...
OCZYWISTOŚCIĄ.
7.11.2025
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz