Wir
Wir
Siedzę w samym środku, a jednak mnie nie ma,
Wessana w przestrzeń między słowem a spojrzeniem.
Klimatyzacja tnie powietrze lodowatym nożem,
Drażni skórę, wyje w uszach, nie daje odetchnąć.
Świat wiruje – neonowa karuzela obcych twarzy,
A ja trzymam się krawędzi krzesła,
by nie spaść w przepaść.
Nie śpię od wieków.
Zmęczenie ma smak metalu,
Osadza się na dnie oczu, mąci każdy obraz.
Nie jestem sobą.
Ta osoba, która tu siedzi,
To tylko pusta skorupa, lęk przebrany w skórę.
Wyrzuciłam z siebie słowa – nagie, nieproszone,
Opowiedziałam im o mroku, co we mnie pulsuje.
I teraz płonę wstydem, tym najgorszym, palącym,
Boję się ich sądów, tych cichych wyroków,
Szeptów, które zostają, gdy zamknę za sobą drzwi.
Nie pójdę tam więcej.
Bezpieczniej jest w ciszy,
Gdzie nie ma świadków mojego rozpadu.
Czy wariuję?
Czy to tylko serce, co pękło od nadmiaru,
I próbuje się schować
Tam, gdzie nie dosięgnie go nikt?
Gdzie nie ma świadków mojego rozpadu.
Czy wariuję?
Czy to tylko serce, co pękło od nadmiaru,
I próbuje się schować
Tam, gdzie nie dosięgnie go nikt?
13.03.2026 Po T z t Bożeną i Olą - Słupsk

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz