Poza spojrzeniem
Poza spojrzeniem
Wychodzę z siebie cicho, bezszelestnie,
Jak oddech, który nie chce wrócić do płuc.
Zostawiam ciężar, co gniótł mnie boleśnie,
By w próżni nad głową mógł się stlić.
Jak oddech, który nie chce wrócić do płuc.
Zostawiam ciężar, co gniótł mnie boleśnie,
By w próżni nad głową mógł się stlić.
Stoję pod sufitem, patrzę na tę postać,
Co nosi moje imię i moją ma twarz.
Dziwne, że musi tam na dole zostać,
Podczas gdy ja... nie mam już żadnej z wag.
Co nosi moje imię i moją ma twarz.
Dziwne, że musi tam na dole zostać,
Podczas gdy ja... nie mam już żadnej z wag.
Świat staje się filmem puszczonym bez dźwięku,
Moje dłonie to tylko ruchome cienie.
Nie ma już bólu, nie ma nawet lęku,
Jest tylko chłodne, szklane spojrzenie.
Moje dłonie to tylko ruchome cienie.
Nie ma już bólu, nie ma nawet lęku,
Jest tylko chłodne, szklane spojrzenie.
Jestem tu i tam – w szczelinie pomiędzy,
Cienką nitką światła związana z tym ciałem.
Wychodzę z siebie, by nie czuć już więcej,
Tego, czego udźwignąć nigdy nie umiałam.
Cienką nitką światła związana z tym ciałem.
Wychodzę z siebie, by nie czuć już więcej,
Tego, czego udźwignąć nigdy nie umiałam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz